„Pobudzić receptory Szczecina”
Z cyklu „Szczecin: trudna miłość?” rozmawiamy z Iwoną Gotłas, szczecińską refleksolożką
Joanna Giza-Stępień: Nie przypadkiem spotykamy się dzisiaj…
Iwona Gotłas: Tak, ten wywiad to wyjątkowa okazja. Obchodzę właśnie kilka jubileuszy. 5.rocznicę rozwodu, 50-lecie urodzin i 4-lecie pracy refleksologicznej. Ta rozmowa to jakby podsumowanie dotychczasowego życia zawodowego i prywatnego. Moje pół wieku w Szczecinie.
– I jak wypada ten bilans?
– Bardzo pozytywnie. Myślę, że te urodziny są ostatecznym przełomem.
– Zacznijmy od początku. Opowiedz trochę o sobie. Jesteś szczecinianką?
– Tak, choć urodziłam się w Choszcznie (23.lipca 1959 roku), ale od 1. roku życia mieszkam w Szczecinie. Cała moja młodość, życie zawodowe, radości i smutki rozegrały się w Szczecinie. Uczyłam się w VII LO, następnie skończyłam Medyczne Studium Zawodowe na kierunku analityki medycznej. Marzyłam, by skończyć studia medyczne, ale ciąża, a później urodzenie, wychowanie pierwszego dziecka, skutecznie pokrzyżowały mi plany.
– Przez lata byłaś żoną marynarza. Jakie to było życie?
– Samotne i wymagające poświęceń zawodowych. Córka często mi chorowała, utrudniano mi też kontakty z mężem, a rejsy trwały wtedy po pół roku. Bywało w związku z tym, że nasze rozłąki trwały czasem i ponad rok. Poza tym, mąż także wymagał ode mnie dyspozycyjności. Dlatego zwolniłam się z pracy w szpitalu i skupiłam na wychowywaniu dziecka. W tzw. międzyczasie sprywatyzowano w Szczecinie Kluby Ruchu, w których pracowała także moja mama, której pomagałam. To był początek lat 90. i boom rozwoju małych przedsiębiorstw. Ja także się przekwalifikowałam i stałam prywatną przedsiębiorczynią, dziś – można powiedzieć – bizneswoman (śmiech).Zajmowałam się organizacją, byłam współwłaścicielką i zatrudniałyśmy kilku pracowników. Rozpoczęły się wówczas zmiany systemowe w wojsku, a że tę działalność prowadziłyśmy na terenie wojska i nas objęły. To był handel i gastronomia w kantynie wojskowej. Bufet nazywał się „Ptyś” (śmiech) i miał duże wzięcie wśród ówczesnych służb jednostki na Głębokim. Właściwie to żywiłyśmy tych żołnierzy. Dziś baru już nie ma. To trwało 15 lat. Urodziłam wtedy drugie dziecko – syna. Dziś syn chce iść w moje ślady..
– Czyli chce zostać bioterapeutą? A kiedy miał miejsce Twój pierwszy kontakt z tzw. medycyną alternatywną? Bo przecież dotąd reprezentowałaś medycynę tradycyjną.
– Proces mojej zmiany oraz pewien przełom zawodowy miały miejsce, gdy córka skończyła 7 lat i zachorowała na łuszczycę. Miała duże znamię na nodze. Sprowadziliśmy wtedy wszystkie możliwe, najnowsze środki farmakologiczne, ale nic nie skutkowało. Lekarz miał wtedy do wyboru tylko sterydy. Wówczas po raz pierwszy zainteresowałam się akupresurą stopy i zaczęłam systematycznie córkę masować. Po jakimś czasie znamię samo znikło i to był dla mnie znak, żeby się tym zająć.
– Wtedy też zrozumiałaś, że lubisz ludzi, że chcesz im pomagać?
– Od zawsze lubiłam kontakt z ludźmi i to najdobitniej pokazał mi ten bufet. Ale czułam też, że ten rodzaj kontaktów nie daje mi satysfakcji. Czułam, że się tam wypalam, rozmieniam na drobne, nie rozwijam, duszę. Nie mogłam się doczekać, gdy skończę pracę i wrócę do domu. Myślałam: Co dalej? Emerytura? A ja chciałam się jeszcze uczyć, miałam marzenia, które pokątnie od czasu do czasu realizowałam. Jedną z pasji był np. komputer. Zafascynował mnie, gdy się pojawił. Zrobiłam wtedy kurs grafiki komputerowej oraz projektowania stron internetowych.
– To był pierwszy etap na Twojej drodze do samorozwoju, w poszukiwaniu siebie?
– Tak, wtedy zaczęłam po raz pierwszy poważnie zadawać sobie pytania: co się dzieje z moim życiem, dokąd zmierzam? Ostateczny przewrót rozpoczął się, gdy zaczął się kryzys w moim małżeństwie.
– Dla takiej kobiety jak ty: samotnej żony marynarza, aktywnej zawodowo matki, w dodatku z czterdziestką w metryce, był to chyba ogromny cios. Jak to dziś widzisz? Co dało Ci siłę, by walczyć?
– Przez jakiś czas łudziłam się, że przetrwamy ten kryzys, ale po jakimś czasie, gdy już było coraz gorzej, zrozumiałam, że mąż mnie wcale nie kochał, a dom, który mu stworzyłam, nie był dla niego wartością..To był wielki cios i straszna depresja… Zrozumiałam, że poza dziećmi (syn miał 13 lat, córka 22 lata), nic nas już nie wiąże. To był szok. Zobaczyć po 23. latach inną prawdę.. A gdy mąż jednego dnia wynajął sobie kawalerkę i wyprowadził się do nowej partnerki, chciałam gryźć z bólu i rozpaczy ściany.. Przez lata wierzyłam, że mąż pójdzie za mną w przysłowiowy ogień, a okazało się, że nic dla niego nie znaczę. Ten czas był dla mnie straszny, ale jednocześnie, bardzo wiele mu zawdzięczam i dziś mogę powiedzieć, że to dzięki temu właśnie momentowi, dziś jestem kobietą spełnioną. Siłę na pewno dały mi dzieci i bliscy. No i marzenia. Widziałam w myślach jak się spełniają, wizualizowałam sobie, projektowałam szczęście i usilnie wierzyłam, że idę w jego kierunku. A potem wystarczyło przebaczyć. To było najtrudniejsze – przebaczyć zło, ale gdy już to zrobiłam, zaczął się nowy rozdział.
– Ale chyba nie powiesz, że nie czułaś wobec męża złości, gdy Cię porzucił? W telenowelach bohaterki bardzo emocjonalnie oddają ten moment w życiu…
– Na szczęście życie to nie telenowela.. Być może miałam jakąś złość do mężczyzn. Winnych szukałam wszędzie, tylko nie w sobie..
– Na tym nie koniec, bo pół roku po odejściu męża dowiedziałaś się, że zostaniesz – jako czterdziestoparoletnia samotna kobieta z dziećmi – bezrobotną…
– Tak, nieszczęścia chodzą parami. Straciłam pracę w handlu, ale także nie mogłam pracować już w zawodzie, bo właśnie zaczęły się zwolnienia analityków medycznych, których skutecznie wyparła technika, zastępując urządzeniami mechanicznymi, elektroniką, komputerami i mój dyplom zawodowy przestaje mieć wartość. I tak stanęłam na rozdrożu z pytaniem: co dalej? Z tym pytaniem poszłam po podpowiedź do Towarzystwa Psychotronicznego, z którym związałam się kiedyś jeszcze jako licealistka. Przypomniałam sobie wtedy moją młodzieńczą, niespełnioną fascynację: wykłady i odczyty Leszka Szumana, Leokadii Podhoreckiej, Leszka Weresa w Empiku i w siedzibie Towarzystwa na Wojska Polskiego, zatęskniłam do tego i postanowiłam rozwijać się duchowo i pomagać innym w problemach. Pierwsze, co zrobiłam, to poszłam na kurs bioenergoterapeutyczny. Potem były kursy masażu, Reiki. Ale czułam intuicyjnie, że to jeszcze nie to. Pomogła mi wtedy bardzo medytacja i wsłuchiwanie się w siebie. Gdy zrobiłam pierwsze kursy i dowiedziałam się, że refleksoterapia to już zawód, wiedziałam, co będę robić. Wtedy też poznałam wspaniałych ludzi: Wandę i Andrzeja Bratko z Kanady i ich Polski Instytut Refleksologii.
– Pierwszy zabieg, który wykonałaś był chyba bolesny?
– Tak, ale dla mnie. Nie mogłam podnieść rąk do góry, tak mnie bolały. Ta nauka trwała półtora roku. Także sporo musiałam zainwestować finansowo. Wtedy jeszcze Powiatowy Urząd Pracy, w którym się zarejestrowałam jako bezrobotna, nie dofinansowywał takich form doskonalenia zawodowego, dzisiaj już dofinansowuje. Skończyłam więc refleksologię i bioterapię, jestem więc też czeladnikiem bioterapii i certyfikowanym refleksologiem. Potem PUP wysłał mnie na kurs masażu leczniczego, a że miałam podstawy medyczne, nie było tu żadnych problemów i zajęłam się masażem kręgosłupa . A potem dostałam jeszcze dofinansowanie z Unii Europejskiej na otwarcie gabinetu.
– Ale aby zostać refleksologiem musiałaś jeszcze odbyć darmowe praktyki..
– Tak, to był dla mnie czas upokorzenia, walki wewnętrznej, nauki pokory, usługiwania ludziom i samozaparcia. Byłam przecież tylko na zasiłku, a do dyplomu miałam wykonać bezpłatnie 120 udokumentowanych zabiegów. Przyjmowałam więc w Klubie Garnizonowym, dokąd jeździłam ze swoim rozkładanym, metalowym łóżkiem i było mi bardzo ciężko. Po dwóch zabiegach wysiadałam. Moi pacjenci jak gąbki chłonęli moją energię, a ja po jednym zabiegu zostawałam bez siły, bez życia.
– Dziś Twój gabinet „Naturavita” znajduje się w samym centrum Szczecina i wśród jego pacjentów są tak znani szczecińscy politycy, samorządowi urzędnicy, lekarze, nauczyciele, jak i dziennikarze, aktorzy, biznesmeni, czy niepełnosprawne dzieci…
– Tak, dziś mam wielu cudownych pacjentów. Przez lata przygotowywałam się do tego sukcesu, tworzyłam świat marzeń, w którym żyłam i dzięki któremu żyłam. Na tej samej zasadzie w moim życiu pojawił się ten gabinet. Nawet się o niego nie starałam. Po prostu – któregoś dnia zaproponowano mi tę lokalizację…
– To nagroda za to, że ośmieliłaś się marzyć i realizować marzenia, pomimo trudu, mimo ograniczeń.. Twój gabinet był pionierskim w Szczecinie. Z jakimi reakcjami się spotykałaś? Jak Szczecin cztery lata temu przyjął twoją ofertę?
– Wszyscy pukali się w czoło, mówiąc: zwariowałaś, nie poradzisz sobie, splajtujesz, komu to potrzebne, nie dasz rady, to mrzonki, nie wystarczy ci pieniędzy na opłaty, szczecinianie nie wiedzą czym jest refleksologia, nie przyjdą…Nie powiem, bałam się. Na wszelki wypadek zostawiłam więc sobie, obok technik refleksologicznych, masaż relaksacyjny, leczniczy, aromatoterapię. Ale jednocześnie sama wiedziałam i już widziałam, co może dać, jakiego rodzaju bóle i problemy zlikwidować, jak pobudzić naturalne, tkwiące w organizmie lecznicze siły, refleksologia. A w związku z tym, że to było wewnętrzne, uczciwe przekonanie mnie samej, byłam przekonana, że prędzej czy później odkryją to i przekonają się do tego szczecinianie. Nie myliłam się. Poza tym uspokoiła mnie córka mówiąc, że jeśli mi się nie powiedzie, ona mi pomoże zwrócić 12.tys. zł., które dostałam na rok od Unii na rozkręcenie biznesu. Więc już się nie wahałam. Byłam też instruktorem fitness i wiedziałam o tych trudnych początkach od prowadzącego Akademię Fitness, Sylwestra Bieńka..
– Czy zdarzyło Ci się, że Szczecin pozytywnie Cię zaskoczył?
– Tak, gdy po raz drugi otwierałam działalność gospodarczą, kilka lat temu. Wiedziałam, jak okropna potrafi być machina biurokratyczna, więc denerwowałam się. Jakie więc było moje zaskoczenie, gdy wszystkie formalności załatwiłam jednego dnia i w jednym okienku! Dziś więc mogę powiedzieć, że Szczecin jest przyjazny małej przedsiębiorczości i kobiecemu biznesowi. Myślę, że wystarczy mieć prawdziwą pasję, a wszystko w Szczecinie może się udać.
– Twoi pierwsi klienci jako refleksologa?
– To było podczas Targów Medycyny Naturalnej, pięć Amerykanek. Jedna po drugiej. To był debiut mojego gabinetu w Szczecinie (śmiech). A potem jak pierwsi szczecinianie zaczęli do mnie przychodzić na masaż, ja dodatkowo proponowałam im zabieg refleksologii gratis. I już przy kolejnym spotkaniu rezygnowali z masażu..
– Tak, sama jestem tego przykładem.. Ale myślę, że to też dlatego, że Ty jesteś po prostu taką otwartą na ludzi osobą. Poza tym, każdego z pacjentów uczysz, jak ma pracować na stopach i dłoniach, gdy będzie miał problem z bólem, czy lękiem.
– Tak, bo to też o to chodzi, by wiedza wędrowała od człowieka do człowieka. By Szczecin, szczecinianie byli dzięki wiedzy i takim bioterapeutycznym własnościom, które wszyscy posiadamy, ale są w uśpieniu, szczęśliwsi, samodzielniejsi, pewniejsi siebie, zdrowsi. A szczecinianie potrzebują opieki, pielęgnacji, wsparcia, ciepła, energii – jak dzieci. Tutaj u mnie, jak w gabinecie psychoterapeutycznym, mogą sobie wypocząć, pogadać, poszlochać, zwierzyć się z problemów. Zaprzyjaźniamy się ze sobą, ufamy sobie. Dotyk i bezpośredniość fizyczna tych relacji usuwają różnorakie blokady emocjonalne, a zabieg dodatkowo pobudza refleksy, mające bezpośrednie połączenie ze wszystkimi narządami, gruczołami i częściami ciała. To takie bliskie i intymne spotkanie z człowiekiem, takich chwil mamy dziś w naszej zabieganej współczesności coraz mniej. A szczecinianom należy się relaks po pracy, zwłaszcza, że większość z nas ma siedzący, komputerowy, niezdrowy dla układu kostnego i limfatycznego tryb pracy. A więc można powiedzieć, że zajmuję się pobudzaniem receptorów szczecinian do prawidłowego, pełnego ich funkcjonowania.
– Opowiedzmy trochę o historii refleksologii i o tym, czym ona jest.
– Najstarsze doniesienia o stosowaniu technik refleksologicznych w działaniach lekarskich, odnaleźć można w starożytnym Egipcie, gdzie znana była ok. 2300 lat pne jako terapia ucisków. Wiele wzmianek zawiera także Biblia, ale rozkwit współczesnej refleksologii (nie mówimy o akupunkturze dalekowschodniej, a z której ona pochodzi)datuje się na 1917 rok, gdy pojawiła się teoria tzw. terapii strefowej dr. Fitzgeralda. Obecnie stosuje się Oryginalną Metodę Inghama. A czym jest refleksoterapia? Ogólnie – to uwalnianie energii i poprawianie samopoczuciaza pośrednictwem stymulowania refleksów (punktów na stopach i dłoniach, będących odpowiednikami poszczególnych narządów, gruczołów, układów w ciele), czyli uciskania i ugniatania („chodzenia kciukiem”). Refleksologia widzi człowieka całościowo, holistycznie. Mówi się też, że stopa utrzymuje i wietrzy cały organizm człowieka. Na stopach znajduje się przeszło 7200 zakończeń nerwowych, które pobudzone przywracają swobodny przepływ energii w organizmie i stan równowagi. Jest tez takie piękne powiedzenie: „ Kiedy trzymam w dłoniach Twoje stopy, to tak, jakbym dotykała Twojej duszy”.
– Refleksologia uspokaja, wycisza, regeneruje, ale czy leczy?
– Nie, my uważamy, że leczy lekarz, a my – refleksolodzy wspomagamy lekarza i leki, ale ich nie zastępujemy. Dziś w Unii Europejskiej – jeśli chodzi o usługi wspomagające leczenie tradycyjne, refleksoterapeuci znajdują się na drugim miejscu, za homeopatami, jeśli chodzi o popularność.
– Czy są jakieś warunki, które trzeba spełniać, by być dobrym refleksoterapeutą?
– Tak, po pierwsze trzeba kochać ludzi. Po drugie, pozbyć się ograniczeń. Przy mnie pacjenci się rozbierają, dotykam ich, trzymam w dłoniach ich stopy. Choć ja osobiście nie mogę narzekać na jakiś brak higieny, ale bywa przecież różnie. ..
– A gdzie i jak Ty regenerujesz siły?
– Najlepiej wypoczywam na spacerze w Parku Kasprowicza z psem. Wcześnie rano. Albo w swoim pokoju, patrząc na akację za oknem. Tak odpoczywam. Do tego cicha muzyka i dużo świec. I medytacja, wycieszenie, afirmacje, relaks..
– Twoja córa od wielu lat mieszka i pracuje w Wielkiej Brytanii. Jak to się stało, że ona: polonistka, dobrze zapowiadająca się dziennikarka, poetka, musiała stąd wyjechać i teraz nie chce już wracać?
– Tak, to trudne. Córa to owoc Stanu Wojennego i przyrostu naturalnego (śmiech) – 82.rocznik. Generacja NiC. Kiedy już skończyła studia, poszła do pracy w „Głosie Szczecińskim”. Niedługo jednak mogła się cieszyć upragnioną pracą, bo zaczęto zwalniać dziennikarzy i jej także podziękowali. Nie widziała w Szczecinie nie dla siebie innego miejsca pracy poza mediami, a musiała się z czegoś utrzymywać, a że chciała się dalej kształcić, postanowili razem z chłopakiem wyjechać do Anglii do pracy. Ja bezrobotna, nie mogłam jej wówczas za bardzo pomóc. Dziś od trzech lat mieszkają w Londynie, wynajmują w szeregowcu dom, mają samochód, ona pracuje jako szefowa kelnerów, on w służbie miejskiej i dobrze im się wiedzie. Dwa razy w roku wyjeżdżają na zagraniczne wakacje. Myślę też, że to przez Manuelę Gretkowską – zafascynowana jej książkami i biografią, poszła w jej ślady. Chce też podróżować, jak Kapuściński, pisać, współpracować z mediami polskimi. Ma marzenia..
– Tak jak mama.. A Ty masz jeszcze jakieś pragnienia ?
– Bycie nauczycielem refleksologii i prowadzenie szkoleń w tym zakresie – to moje plany. I chiropraktyka, czyli praca z kręgosłupem oraz nauka angielskiego i taniec brzucha. I oczywiście – miłość. Po prostu miłość…
– I tego Ci życzymy. Dziękuję za rozmowę.
Rozmawiała: Joanna Giza-Stępień
