Fortepiany z Pogodna (Szczecin’2008)

Szczecin to organizm wielokulturowy, a przez to – inspirujący, choć mało odkryty i nierozpoznany. Nasza pamięć zawodzi, najstarsze pokolenia wymierają, a młodym brakuje źródeł, narzędzi i ochoty, by zaglądać pod pajęczynę trudnej historii miasta.

Współczesność pędzi na złamanie karku, ślizgając się po powierzchni zjawisk, a ukryta, zatopiona przez wody przeszłości, szczecińska narracja, ulega korozji, rozpadowi, zapomnieniu, stłumieniu. Czyż nie tkwimy wciąż w tym samym miejscu, w latach 40. XX wieku – nad tym samym Jeziorem Dąbskim, wpatrzeni bezczynnie w niszczejące fortepiany, umierające w dramatycznym grymasie „otwartych, spaczonych pudeł” [1]?

„Szczecin miał i ma wiele imion – określeń. Nazywa się go stolicą Pomorza Zachodniego, albo – Bramą w Świat, albo Bastionem Polskości, niektórzy mówią Obiekt Sztandarowy Planów Gospodarczych albo – Ośrodek Przemysłu (…). W Polsce Centralnej natomiast, zachwyty i patos zastępuje przeważnie wzruszenie ramion i jedno słowo – wiocha” [2]. My dziś dodalibyśmy jeszcze parę innych imion, bo Szczecinowi – czego, jak czego, ale metafor i określeń, nie brakuje. I choć Maria Boniecka – autorka tego, legendarnego dziś, tekstu (w szczecińskich zbiorach bibliotecznych dostępne są dziś tylko 2 egz. „Ucieczki za druty”) w latach 60. minionego wieku mówiła o tym „odzyskanym” polskim mieście z krótszej, niż my – mieszkańcy „Floating Garden 2050”, perspektywy, czyż nie brzmi, mimo upływu lat, zmian ustrojowych, gospodarczych i kulturowych, wciąż jakby aktualnie, podobnie?

Przez lata prześladował mnie obraz fortepianu z Pogodna. Jakieś zamazane wspomnienia przenikane senną kliszą. To tutaj, jako świeżo upieczona szczecinianka, przywieziona w tekturowych walizkach przez rodziców w ramach akademickiej zsyłki z Warszawy i obowiązku budowy „inteligenckiego socjalizmu na Zachodzie”, zamieszkałam. Na Pogodnie, w słynnej „Trójce” na Reymonta, skończyłam podstawówkę. Większość moich rówieśników była tutejsza, tu się rodziła i wychowywała. Pogodno było ich domem, a ich znakiem, czy też piętnem może – właśnie fortepian. Często zdezelowany, z trudem odzyskany, czy ukrywany przez lata przed „wyzwoleńczą armią” na strychach, piwnicach, z odrapanymi, zaśniedziałymi śladami producenta – Erard, czy też Buchholtz. Ja byłam tu obca, przyjezdna, czyli – znikąd… Moimi znakami były torba podróżna i szpulowy, a potem kasetowy, Grundig. Nie raz zastanawiałam się, skąd w mojej głowie ten sfamiliaryzowany obraz fortepianu i dlaczego tak silnie mnie determinuje pogoń za jego historią, wspomnieniem… Dziś już wiem, czym jest ten imperatyw i dlaczego tak intensywnie przejawia się on tu – na byłych Ziemiach Odzyskanych, w Szczecinie, w tym „(..) rozproszonym organizmie bliskim atrofii, rozpadowi (..)”, jak zauważyła po raz pierwszy w swoim debiucie prozatorskim, Inga Iwasiów [3].

Z potrzeby mitu, z błagania o tożsamość, z przymusu szukania i tworzenia (jeśli ich nie ma lub trudno je odkopać) korzeni swego miejsca. Bo mit, historia naszej przeszłości to nasze źródło. Bez niego nie istniejemy.

            W dzisiejszych czasach najpilniejszą potrzebą jest szukanie mitu – napisał w swojej książce „Błaganie o mit” [4] słynny, amerykański psychiatra i psychoterapeuta, Rollo May. – Wiele spośród problemów patologii społecznej, takich jak rozmaite kulty, narkomania i alkoholizm, czy depresje, rodzą się na skutek braku mitów, które mogłyby nam dać poczucie bezpieczeństwa. (..) Byśmy mogli się rozwijać i być szczęśliwymi, musimy znaleźć swój mit. Bo mity mogą dzielić z nami nawet nasze cierpienie i naszą samotność – przekonywał już kilka lat temu. Dlatego w Szczecinie mit potrzebny nam jest tym bardziej. Przychylają się do tej konkluzji tak świeccy, jak i duchowi reprezentanci szczecińskiej społeczności (myślę o znanych w środowiskach ezoterykach i duchownych wielu wyznań), odczuwający naszą lokalność w kategoriach „ciemnej, trudnej, obciążonej karmicznie złą energią” przestrzeni.

Po pierwsze, mit daje poczucie tożsamości, a z tym mamy w Szczecinie największy problem. To stąd może popłynąć odpowiedź na pytanie: „kim jesteśmy?” Po drugie, mity umożliwiają przeżycie wspólnoty; to dzięki nim możemy być właśnie Ludźmi, Europejczykami, Polakami, czy właśnie – szczecinianami… Po trzecie – co dziś niezmiernie ważne, mity ukorzeniają nasze wartości moralne. Dają nam kręgosłup, który pozwala zachować „wyprostowane człowieczeństwo”. I po czwarte, mitologia jest sposobem na porządkowanie świata, radzenia sobie z tajemnicą, problemami, poczuciem bezsensu, fragmentaryzmem i powierzchownością współczesności. To najtańsza i najskuteczniejsza terapia. Terapia archetypowa – jak powiedziałby, zapisując ją nam na receptę zamiast antydepresantów, gdyby żył, Carl Gustaw Jung [5].

Utrata mitologicznego spadku po przodkach, to jak strata duszy przez człowieka – mawiał ten wielki szwajcarski psychiatra i psycholog. Czy w tym kontekście powrót do Szczecina Sediny, niemieckiego, neopogańskiego – jak mawiają oponenci, czy pronazistowskiego – jak argumentują „polonusi”, pomnika – znaku świetności Stettina, nie wydaje się oczywista czy sensowna?  Czy może bardziej trafia do szczecinian argument aktualizacyjny – że zamiast przywoływania starego i nieobecnego, lepiej stworzyć nowe i nasze? Czyli – jakie? Bo chyba przysłowiowy pies pogrzebany jest w tym przymiotniku właśnie…

Niestety, czasy przełomu ustrojowego w Polsce, zwłaszcza tu, na Ziemiach Zachodnich, okaleczyły ludzi, brutalnie wyrywając z mitów. Przez to ograbiono mieszkańców – tak Stettina, jak i Szczecina – z historii, wysiedlono nie tylko z domostw, ale i z mitów, w których dorastali, dając w zamian obietnicę nowego: utopii proletariatu, budowniczych PRL, społeczeństwa masowego i tym podobnych bujd. Ale czy w zastępstwie poprzednich narracji, jakie wykreowały Stettin, Szczecin otrzymał rzeczywiście jakąś alternatywę?

Szczecin – od poprzednich, jak i niestety, obecnych władz, dostał i dostaje wciąż jedynie… potencjał, czy też imperatyw potencjału, ale jest jak „zabazgrana, pomazana, brudna, niechlujna tablica szkolna”, nijak sobie z tym darem (i przekleństwem zarazem) nie radząc. Wciąż próbuje się w Szczecinie budować, niszcząc fundamenty, a to zabieg ryzykowny. Budowla ani nowa ani stara, ale od podstaw niestabilna, sztukowana, wątła, w każdej chwili grozi zawaleniem. Wciąż bawimy się w nowych budowniczych, zamiast poszukać, odkopać, zasypane ślady przęseł do minionych historii i stamtąd dobywać budulca. Bez obaw o poplątanie języków. Dziś – inaczej niż za czasów Wieży Babel – szczecinianom to nie grozi. Mamy lektorów i tłumaczy symultanicznych. Mamy świadomość wielokulturowości, europejski potencjał, kosmopolityczną swobodę, skąd więc ten lęk, gdy dokopujemy się do obco brzmiących nagrobków, czy niezrozumiałych tablic z napisami ulic. Czy ktoś, oprócz nas samych, może nas stąd jeszcze wypędzić? Czy nadal musimy być – jak kiedyś – tymczasowi, przejazdem… Czy możemy tu zostać naprawdę, a to miasto może wreszcie stać się naszym miastem?

Odpowiedzi jest pewno tyle, ilu pytających. Ci, którzy nie pytają (parafrazując znane powiedzenia), nie mają racji i się nie liczą. Ci, których to nurtuje, powinni zapewne spełnić jeden podstawowy warunek, zanim przystąpią do artykułowania odpowiedzi. Symbolicznie odnaleźć, pochować i uczcić minutą ciszy te zamordowane fortepiany – nie tylko z Pogodna. A przy okazji, dobrze byłoby odkurzyć i pokazać światu te ocalałe, ongiś pochowane, symbole „obcej, burżuazyjnej, kapitalistycznej kultury” i nie zagłuszać ich niemych świadectw. Może i ja wówczas rewindykuję ten wyidealizowany, familijny obrazek. Chyba że mity, inaczej niż bajki, nie ulegają weryfikacji… Istnieją tam, gdzie my – ludzie – niczego nie możemy już popsuć. Przecież niejeden z tych instrumentów był świadkiem gwałtów, morderstw, oszustw i niegodziwości. Rzadko udawało się fortepianowi ujść cało przed profanacją. Przez lata służył więc nie tylko za centrum salonu, narzędzie relacji międzyludzkich, wyraz sztuki i dobrego wychowania, czy ołtarz namiętności i pragnień ludzkich, ale także za grób idei, trumnę kultury mieszczańskiej, kres indywidualności twórczej, czy wreszcie buduar niskich instynktów, miejsce bezprawia, gwałtu czy zbrodni i szaleństwa.

Od kilku miesięcy w Szczecinie działa inicjatywa Ośrodka Kultury Ukraińskiej pn. „Uniwersytet Otwarty – Na styku kultur”. To bardzo cenna, mimo iż wciąż mało rozpropagowana, przez to mało popularna wśród samych mieszkańców, idea poszukiwania wielokulturowej tożsamości Szczecina za pośrednictwem opowieści szczecinian, posiadających różnorakie korzenie narodowe. Asumptem do mojej powyższej refleksji było ostatnie spotkanie z tego cyklu, poświęcone „historii mieszczańskiego fortepianu, jego funkcji, roli oraz symboliki”, przygotowane i świetnie poprowadzone przez Agnieszkę Roguską, znaną szczecińską klawesynistkę i pianistkę, ekspertkę, wykonawczynię muzyki dawnej i organistkę w ewangelicko-augsburskim kościele Świętej Trójcy. Prelegentka posiłkowała się pokazem slajdów oraz źródłami literackimi, których w światowym pisarstwie odnośnie fortepianu, co nie miara. Mnie z kolei przypomniał się niemniej metaforyczny obraz fortepianu z filmu Jane Campion (tej samej, która ponownie olśniła swoim nowym filmem „Jasna gwiazda” – polecam!), „ Fortepian”, kiedy to główna bohaterka, niema Ada ( rewelacyjnie zagrana przez Holly Hunter) miga do córki przed podróżą ze Szkocji do Nowej Zelandii : „Milczenie porusza wszystkim… Ja nie uważam się za niemą. To dzięki fortepianowi…”. Czy my, drodzy szczecinianie – tak urodzeni, jak i „wmieszkani” w to miasto , wreszcie odzyskamy swój głos, czy my w ogóle mamy swój głos, czy może wciąż po omacku szukamy tych zatopionych fortepianów, które pozwolą nam zabrzmieć, przemówić, oswoić przeszłość, zintegrować teraźniejszość i zobaczyć, zbudować przyszłość?

 Joanna Giza-Stępień

[1] Opis tego zdarzenia można znaleźć w: M. Boniecka, Ucieczka za druty, Londyn 1975, s. 14.

[2] Tamże, s.7-8.

[3] I. Iwasiów, miasto – ja- miasto”, Szczecin 1998, s. 29.

 [4] R. May, Błaganie o mit, Poznań 1997.

 [5] Por. C.G.Jung, Archetypy i symbole, Warszawa 1960.