„Dziwi mnie jak bardzo w Szczecinie sztuka zależy od polityki..” – rozmowa z Krzysztofem Czeczotem, aktorem, pisarzem, twórcą
– Opera na Zamku przygotowuje się do premiery „Pięknej Heleny” Offenbacha z Twoim librettem. Debiutujesz w tej roli. Skąd to zamówienie?
– Napisanie libretta zaproponował mi reżyser spektaklu, Norbert Rakowski (znany szczecinianom z reżyserii spektaklu „Bliżej” – dop. aut.) , a ponieważ lubię, kiedy myśląc o wyzwaniach, pojawia mi się w głowie polski majster informujący ze zrezygnowaniem: „panie, to się nie da”, uśmiechnąłem się szyderczo, pomyślałem „zobaczymy” i wziąłem się do roboty.
– Co dziś opera, operetka może jeszcze powiedzieć człowiekowi – zwłaszcza młodemu? Bo „Piękna Helena” – zakładam, opierając się na micie o Helenie Trojańskiej, dotyczy pewno miłości i do młodego pokolenia ma dotrzeć?
– Zapraszamy na premierę absolutnie wszystkich, młodych szczególnie, bo zobaczycie, jak bardzo mylicie się, myśląc, że wiecie, co to jest operetka i z czym to się je. Opera, operetka to bardzo wymagająca, ale tym piękniejsza dziedzina sztuki. Mnie opera fascynuje, mnie to potężnie kręci. Nasza realizacja „Pięknej Heleny” będzie nietuzinkowa, bo robiona jest przez ludzi młodych, ludzi, którzy mają pasję i odwagę, więc nie podchodzą do realizacji na kolanach: „tego nie wolno, tego nie wypada, bo to operetka i ą i ę itd.” Mamy ogromny szacunek dla tej sztuki, dlatego chcemy spróbować ją odkurzyć, zedrzeć starą farbę i pomalować na nowo. Żeby błyszczało w słońcu i w cieniu.
– A czy mógłbyś nam twoimi słowami wytłumaczyć, czym jest libretto?
– Libretto to właściwie to samo, co scenariusz filmowy, czy tekst teatralny, z tą różnicą, że oprócz tekstu mówionego, są partie wokalne (arie, piosenki). Jedno bez drugiego nie istnieje, a „momentów” muzycznych jest więcej i są ważniejsze niż momenty „gadane”.
– A czy mógłbyś opowiedzieć w skrócie treść?
– W telegraficznym skrócie. On zakochuje się w niej, ona go nie chce, ale potem już chce, potem on jej nie chce, by w końcu ją porwać i wywieźć daleko, daleko, (śmiech). Niestety, choć takie czasy, pewnych rzeczy nie da się w skrócie, albo ja nie potrafię, ale myślę, że na Wikipedii można znaleźć streszczenie „Pięknej Heleny” (śmiech). To, co jest najważniejsze: w moim libretcie akcja dzieje się współcześnie – na wakacjach na Ibizie, albo Hawajach, postaci rozmawiają ze sobą językiem współczesnym (choć robią to trzynastozgłoskowcem) i ciągle chcą się tylko bawić i bawić. Ale kiedyś turnus się kończy, ludzie trzeźwieją, rachunki trzeba zapłacić, a najgorsze dopiero nadejdzie: trzeba będzie spojrzeć sobie w oczy i powiedzieć: jestem świnią, sprzedałem najlepszego przyjaciela dla chwilowej, marnej błyskotki.
– Czy to było trudne wyzwanie?
– Lekko nie było. Pisałem kilka godzin dziennie przez około trzy miesiące – średnio licząc, dziennie wymęczyłem jedną stronę. Potem przez kolejne sześć miesięcy poprawiałem poszczególne fragmenty. Pomagałem sobie librettem Janusza Minkiewicza, tekstem oryginalnym, oczywiście – Homer i jego dzieła. Znajomi powiedzieli słówko, reżyser też coś dodał.
– Tak wyglądał Twój warsztat?
– Tak. Plus Macbook i biurko. (śmiech)
– Od czego zacząłeś pracę?
– Od postawienia sobie pytania czego w całości ma dotyczyć tekst, a owo pytanie brzmiało „czym jest dziś piękno i gdzie ono jest”. Czytałem, myślałem, spacerowałem i pisałem.
– Czy ograniczył Cię jakoś dyrektor opery?
– Umówiliśmy się z dyrektorem opery, Warcisławem Kuncem, że zachowam wszystkie występujące w oryginale postaci i kolejność scen, że nie będę bardzo odbiegał od mitu Heleny Trojańskiej. Czyli – miałem zrobić tak samo jak było, tylko inaczej (śmiech).
– A kto i co ma grać?
– Nad obsadą czuwa opera i kierownik muzyczny, Piotr Deptuch. Taka jest niepisana umowa: ja nie zaglądam im do ogródka, oni nie depczą moich grządek. Tak jest najlepiej. Byłem na próbie i się uspokoiłem: drużyna aktorska jest mocna, chór jest dobry.
– Poza pisaniem libretta, podbijasz Warszawę?
– Tak podbijam – właśnie przebijam się przez Ochotę w kierunku Centrum(śmiech).
Nie lubię mówić o tym, co robię, bo nigdy nie mam pewności czy to zrobię. Jak napiszę to powiem z największą przyjemnością.
– A jako aktor szczeciński, jak oceniasz możliwości rozwoju zawodowego w porównaniu z Warszawą?
– Ja miałem ogromne szczęście, bo trafiłem i kształtowałem się w teatrze p. Anny Augustynowicz. I na tym zakończę, bo nie ma co porównywać.
– A jak oceniasz Szczecin kulturalny, zwłaszcza w kontekście starań o tytuł „ESK 2016”?
– Nie jestem obiektywny, bo wziąłem pieniądze za zrobienie piosenki „Szczecin, Capital of Art.” Musimy walczyć, bo rywale z grupy są naprawdę mocni, że tak z piłkarska odpowiem.
– Gdybyś miał dokończyć takie zdanie: „Szczecin to miejsce …..” jakby brzmiał ciąg dalszy?
– „Szczecin to miejsce bliżej Berlina niż Warszawy” – dosłownie i w przenośni. I tam bym odwracał głowę.
– Szczecinianie oglądający TVN od paru miesięcy mogą podziwiać Cię w serialu “BrzydUla”, jak ci się w nim gra?
– Gra mi się doskonale, zapraszam wszystkich tych, którzy jeszcze serialu nie widzieli przed telewizory, od poniedziałku do piątku 17.55 – oczywiście TVN.
– Maciek jest trochę podobny do ciebie?
– Maciek to postać, którą gram i ma podobny do mnie głos i trochę wygląda jak ja, ale reszta to już daleko, daleko ode mnie.
– Dotąd grałeś w teatrze tv, na scenach teatralnych, w filmach fabularnych,
serialach, gdzie ci było najlepiej? Czy te role są sobie w jakimś sensie równe, czy zupełnie różne, odległe? Poza oczywistościami typu narzędzia pracy…
– Najlepsze właśnie w tym zawodzie jest to, że role są różne i że pracuje się co realizację z nowymi ludźmi. Ale poza techniką realizacji i sposobem wykonywania zadań aktorskich, możliwość wypowiedzi jest bardzo zbliżona, chodzi przecież o zbudowanie wiarygodnej postaci. Gdyby postawić pytanie: lepiej wypowiedzieć się grając czy pisząc – to zdecydowanie pełniejszą wypowiedź artystyczną można osiągnąć przez pisanie.
– A radio? Ty – Pan Czeczi, Ty Krzysztof Czeczot – reżyser poważnych słuchowisk radiowych. Czy radio to bliskie ci narzędzie, środek wyrazu?
– Radio czyli zbiór fal eteru i fal ludzkich, wyrażające się jakąś treścią, to jest magia. I takie radio jest mi bardzo bliskie i takie radio chcę tworzyć i tworzę poniekąd. Radio, w którym prezenter co dwadzieścia minut atakuje cię bzdetami pod tytułem: – „Naukowcy amerykańscy odkryli, że słowo „dupa” można pisać prze „ó” , a teraz przed wami gorąca lista super kawałków z odjazdową muzyką i czaderskim tekstem” – no, ma tej magii już trochę mniej.
– Krzysztof Czeczot to bardziej dramaturg, dramatopisarz, scenarzysta, reżyser, aktor, pisarz, tekściarz? Czy jest w tobie potrzeba robienia tego wszystkiego naraz?
– Absolutnie nie! Ja bym chciał nic nie robić – to oni mnie zmuszają (śmiech). Ale w tym żarcie jest dużo prawdy – mnie to wszystko, co dzieje się dokoła, bombarduje do tego stopnia, że muszę i ja wstrzelić swoje rakiety, żeby nie oszaleć.
– Ale czy można być dobrym we wszystkim? Jak to jest: budzisz się w poniedziałek i mówisz do lustra : „dziś jesteś pisarzem”, a we wtorek: „dziś grasz na scenie w Szczecinie w spektaklu “Bliżej”, a w środę – „dziś jestem Maćkiem, kolegą Uli Cieplak”…
– Ja jestem dobry tylko w jednym – w byciu Krzysztofem Czeczotem. A reszta to moje pasje, moje hobby, moja praca – którą wy – widzowie, oceniacie i mówicie, że to było dobre, a to nie. Jest w nas, będę mówił o sobie, jest we mnie, przepraszam za wyrażenie, „twórcy” coś dziwnego: ja chcę robić swoją robotę i nie oglądam się czy mi klaszczą, czy gwiżdżą. Choć wiadomo, co jest mile, a co dopinguje do roboty.
– Twoi ulubieni reżyserzy? U kogo chciałbyś jeszcze zagrać?
– Chciałbym grać, przede wszystkim grać. A nazwisk jest mnóstwo. Zacznę alfabetycznie: Allen Woody… (śmiech).
– A czy sam jako ambitny i samodzielny twórca, nie myślałeś o reżyserii?
– Pożyjemy zobaczymy, ale przede wszystkim chcę grać.
– Czy czujesz się wykorzystany przez Szczecin? W dobrym tego słowa znaczeniu, rzecz jasna. Czy Szczecin potrafi korzystać z twojego potencjału twórczego?
– Myślę, że mógłbym więcej. Dużo więcej, ale nie jest mi dane. Polskie Radio Szczecin daje mi szansę na realizowanie się i ja im odwdzięczam się, myślę, dosyć ładnie. W mieście Szczecinie zupełnie bzdurnie i durnie mówi się, że PR Szczecin to „pisowskie radio”, więc ja też jestem „pisowiec” – sumując, raczej niczego innego w mieście nie zrobię – choć do ideologii PIS-u jest mi tak daleko, jak stąd do Grenlandii. A nie widzi się, że rozhulałem koncert na The tall ship races i to do dziecięciu stopni w skali Bouforta, gdzie kilkadziesiąt tysięcy ludzi śpiewało moją piosenkę: „o tym to właśnie jest ta piosenka, że – Szczecin potęga, Szczecin potęga”, że festiwalowi GRAMY, wespół z managerem Tomkiem Ćwiekiem i wspomnianym radiem, nadaliśmy bardzo zawodową formułę i oprawę, że nasze słuchowisko zdobyło dwie z trzech najważniejszych nagród na festiwalu w Sopocie, że jestem najmłodszym debiutującym autorem w historii polskiego teatru telewizji, teatru radia, najmłodszym, który napisał libretto. Mnie to denerwuje, bo dwa razy spadł jakiś mój projekt tylko dlatego, że ośmieliłem się o jednym czy drugim polityku powiedzieć coś prawdziwego w swoich felietonach. Dziwi mnie, jak bardzo w Szczecinie sztuka zależy od polityki, że – jak za komuny – robisz lub nie, w zależności od poglądów politycznych. Ale po co narzekać i biadolić – cieszę się z tego co jest, bo jest pięknie. I się szeroko uśmiecham na myśl tego, co jeszcze będzie. Alleluja i do przodu.
– Więc i dla Ciebie Szczecin jest miastem trudnej miłości?
– Zależy jaki ma dzień (śmiech).
– Czy Czeczi wierzy w Pływające Ogrody w 2050 roku? Czy w ogóle będzie chciał tu od czasu do czasu “wyskoczyć ze swoich cynków” ze znajomymi?
– Wierzę we wszystko, co jest odważne i co jest jakieś. Marzę o tym, żeby mieć czas i przyjeżdżać do Szczecina częściej, bo tu wszystko jest trzy razy wolniej i masę znajomych tu mam. A promocja „Pływających Ogrodów 2050” była w Stolicy kraju nad Wisłą widoczna i moi znajomi stąd wypowiadali się o niej pozytywnie, mówili że była intrygująca.
– Co o Szczecinie wiedzą warszawiacy? Czy zdarza ci się rozmawiać, porównywać, kłócić?
– Wszyscy jak jeden mąż – że jest daleko. I że to nad morzem, ha, ha.
– I tym miłym akcentem zakończmy (śmiech). Bardzo, bardzo dziękuję, że znalazłeś w Warszawie dla mnie czas na rozmowę.
– Ściskam i pozdrawiam.
Rozmawiała: Joanna Giza-Stępień ‘ 2007 (przedruk za Stetinum.pl)
(wywiad autoryzowany)
