„Nie lubię jedynie słusznych poglądów na wszystko”
rozmowa z profesor US, dr hab. Danutą Dąbrowską, kierownikiem Zakładu Literatury XIX wieku w Instytucie Polonistyki i Kulturoznawstwa Uniwersytetu Szczecińskiego
– Ile to już lat, Pani Profesor, jest pani z nami: w Szczecinie i na Uniwersytecie Szczecińskim?
– W październiku minęło dwadzieścia pięć lat. Jestem tu już od 80-ego roku. To taka znamienna data.
– Jeszcze wrócimy do niej przy okazji drugiego, ważnego wątku w pani życiu. A powracając na uniwersytet, jak z tej ćwierćwiecznej perspektywy edukacji polonistycznej, kulturowej postrzega pani poziom szczecińskich studentów? Jak to wygląda w porównaniu z innymi ośrodkami akademickimi, czy miastami?
– Szczerze czy laurkowo?
– Jak najszczerzej.
– Najlepiej wspominam te pierwsze roczniki z początków lat 80-tych. Ta sytuacja się już później nie powtórzyła. Zasługę w tym miała specyfika tamtego czasu. Głód wiedzy, kreatywność i twórczość młodych ludzi wynikały z pojawienia się nowych możliwości i perspektyw w kraju. Młodzież była zaangażowana społecznie, ale też i lepiej przygotowana do studiów polonistycznych, bardziej oczytana, dojrzalsza. My także bardziej pilnowaliśmy poziomu, nie przyjmowaliśmy więcej niż trzydzieści osób na rok. Egzaminy były bardziej wymagające, więc po tej wstępnej selekcji, zostawali naprawdę najlepsi. Takie były ze trzy roczniki. Jak śledzę dziś losy tamtych absolwentów, to widzę, że nie zmarnowali życia ani tych studiów. Szczecin wiele im zawdzięcza – tak w dziedzinie edukacji i mediów, jak i szeroko pojętej kultury. Ten poziom zaczął się obniżać w momencie, gdy studia stały się masowe. Masowość kształcenia zaniżyła poziom kształcenia. Dlatego dzisiaj na polonistyce różnica pomiędzy tą garstką wybitnych, nastawionych od początku na rozwój, na samokształcenie, z własnymi pasjami, a tą nijaką, przypadkową większością będącą nieporozumieniem, jest kolosalną przepaścią. Kardynalnym dowodem na to, iż są oni pomyłką lub popełnili pomyłkę wybierając ten kierunek studiów, jest ich awersja do czytania. Są zdziwieni, że warunkiem tych studiów jest systematyczne, intensywne czytelnictwo – tak pozycji historycznych, jak i wychodzących aktualnie. Nie może być polonistą – i to podkreślam ze stanowczością w kierunku obecnych i przyszłych roczników – osoba nie lubiąca czytać! Poza tym, to obniżenie poziomu może wiązać się też z pokutującym wciąż mylnie przekonaniem, że polonistyka to łatwy kierunek, kierunek ratunkowy, który pozostaje studentowi w zanadrzu, gdy nie dostał się na inne kierunki lub dostać się nie miał szans. Wtedy dopiero przeżywa rozczarowanie, gdy zda sobie sprawę, że to kierunek czasochłonny, wymagający i trudny. Gdybym więc miała zreasumować, poziom się obniża. Pracuje się z garstką najlepszych, dla których warto coś robić.
– Wygląda więc na to, że koło nam się zamyka, że poziom lokalnej edukacji akademickiej oraz pozycja naszej uczelni ilustrują poziom edukacji – zwłaszcza kulturalnej – szczecinian oraz kulturę w tym mieście i odwrotnie? Czy pokusiłaby się pani o postawienie diagnozy oraz wskazanie przyczyn tego chorobowego zjawiska?
– Mam oczywiście własny pogląd na ten stan rzeczy, jednak nie poparty żadnymi badaniami naukowym, a jedynie wnikliwą obserwacją, doświadczeniem i refleksją. Po pierwsze, jest to efekt długotrwałej choroby szkolnictwa polskiego. Po drugie, przewartościowania we współczesnym świecie. Po trzecie, kryzysu humanistyki. Myśl humanistyczna jest marginalizowana, bowiem trudno ją przełożyć na wartości rynku, finansowy kapitał. Przez co, ci którzy powinni być forpocztami ludzkości, kształtować jej systemy wartości i stać na ich straży, są gdzieś w jej ogonku. Nie ceni się ich pracy, myśli, atutów moralnych. Humaniści są najgorzej zarabiająca grupą zawodową, mimo iż zajmują się najbardziej odpowiedzialną dziedziną, czyli duszą ludzką. A dzieje się tak dlatego, że we współczesnym modelu życia dominuje konsumpcjonizm i związane z nim ciało. Dusza więc chyba niewielu już interesuje.
– A gdybyśmy miały ograniczyć się tylko do naszego akademickiego podwórka?
– Ten stan rzeczy zilustruje także kondycja naszego Wydziału Humanistycznego, traktowanego wciąż przez resztę uniwersytetu jak zło konieczne. Myślę tu zwłaszcza o filologiach. Czasami miałam wręcz wrażenie, że robi się nam łaskę, pozwalając być w ramach uczelni i że w zamian nie powinniśmy już niczego więcej żądać. Tak, to niedobre czasy dla humanisty. Także w naszym mieście, gdzie nie ceni się kultury, gdzie do humanisty podchodzi się wciąż z kpiną, nieufnością, obawą. I ten stereotyp – biednego i niestabilnego psychicznie humanisty, udziela się społeczeństwu, zwłaszcza najmłodszej grupie. Dochodzi do takiego paradoksu, że młody, zdolny humanistycznie człowiek, zamiast iść na polonistykę, wybiera w perspektywie bardziej opłacalne studia, bo rodzice są przekonani o wyższości „mieć” nad „być” i wmawiają mu, że się finansowo nie utrzyma. Przykładem niech będzie zeszłoroczny absolwent Liceum nr V, który został laureatem konkursu „Złote Pióro” i w nagrodę otrzymał indeks na polonistykę US. Po długim wahaniu jednak do nas nie przyszedł, mimo iż był urodzonym humanistą i ubiegały się o niego wszystkie najlepsze uczelnie polskie i zagraniczne. Wybrał chyba jakiś ekonomiczny czy prawniczy kierunek. Widać więc, że nastały ciężkie czasy dla humanistyki i kultury. Najgorzej jednak ten kryzys widać w naszym mieście.
– Jak więc pani, jako humanistka, daje sobie radę w tym mieście?
– Specyficznie. Z jednej strony dużo Szczecinowi zawdzięczam. Mam tu wielu przyjaciół, swoje miejsca, zainteresowania. Ale mimo iż mieszkam tu dwadzieścia pięć lat, wciąż się tu czuję obco….
– Wróćmy do wielkich dat w pani życiu. Niedawno minęła także rocznica Solidarności 80, której pani jest działaczką i uczestniczką. Jak postrzega pani ten ruch dzisiaj i czy obecna młodzież może także znaleźć w nim coś dla siebie?
– (proszę o parę zdań na ten temat- tutaj też najważniejszej wypowiedzi nie utrwaliłam, a to, co zostało raczej bardziej odnosi do rzeczywistości w ogóle, niż do wymienionej kwestii)
– Od lat zajmuje się pani badaniem historii literatury – zwłaszcza romantyzmu, również z perspektywy kobiecości ją zaludniającej. Interesuje panią także kobiecość współczesna. Sama jest pani kobietą i nie jest to dla pani kwestia obojętna. Co myśli pani dziś o sytuacji zawodowej tej grupy społecznej – zwłaszcza z perspektywy uniwersytetu?
– (pani profesor, proszę przypomnieć parę faktów z pani pracy naukowej związanej z kobiecością w literaturze – o tym rozmawiałyśmy, a potem przejść do pani obserwacji, a ja już dalej pociągnę tym, co poniżej, co zdołałam uratować z nagrania) Jest wiele modeli kobiecości, one współcześnie się ze sobą mieszają, stykają . Od indywidualnych potrzeb i światopoglądów, czy też wychowania zależy, jaki wybieramy. Nikt nikomu nic nie powinien narzucać, kazać, wywierać presji. Nie powinno się też tych wyborów wartościować, bo każdy, o ile jest osobisty, jest dobry, nas wyraża. Nie jest gorszą samotna i spełniająca się zawodowo feministka od ultraprawicowej katoliczki z pięciorgiem dzieci. Tak, zawsze niepokoiło mnie i irytowało zarazem, gdy większość narzucała coś mniejszości, czy styl życia, czy model rodziny. Nasze życie wymaga naszych decyzji. Tylko one są słuszne. Nie istnieją jedynie słuszne poglądy na wszystko i nikt nie ma monopolu na racje.
– A czy nadal polonistyka jest sfeminizowanym kierunkiem?
– Jeśli chodzi o ilość pracowników, to mam wrażenie, że większość wśród polonistów stanowią mężczyźni. To by potwierdzało moją tezę, że mężczyznom – nie tylko w tym zawodzie – jest wciąż łatwiej – tak pracować, jak i osiągnąć sukces, pokonując kolejne szczeble naukowe. Na studiach zaś jest więcej wciąż studentek, choć w porównaniu z poprzednimi latami, wzrasta też liczba chłopców – polonistów. Ale czy pani może sobie wyobrazić kobietę rektora? Bywają prorektorami, dziekanami, ale rektorem być chyba wciąż łatwiej mężczyźnie. A przecież powinniśmy dawać wzór w myśleniu i postępowaniu wbrew stereotypom i presjom. Mamy być społecznością poszukującą prawdy. W końcu wymaga się od nas bycia ponad przeciętną.
– Temu kształtowaniu pozytywnej mody i tolerancji społecznej mają służyć także nowe studia podyplomowe z wiedzy o kulturowej i społecznej tożsamości płci powołane przy Instytucie z dziedziny gender studies?
– Myślę, że te studia, kierowane przez profesor Ingę Iwasiów, to bardzo cenna i potrzebna inicjatywa, choć jeszcze wciąż w Szczecinie nierozpoznana, odbierana trochę wstydliwie, trochę lękowo. Nie znalazły się więc z takim zainteresowaniem, jak przypuszczałyśmy, patrząc na ich popularność w innych ośrodkach akademickich, więc nie zostały w tym roku uruchomione. Czekamy aż się zbierze odpowiednia grupa. To są studia hobbystyczne. Dyplom, poza rozwojem osobistym, nie pomaga dostać lepszej pracy – choć nigdy nic nie wiadomo. Nie da się tego traktować tak pragmatycznie, jak innych podyplomowych studiów i myślę, że to daje mniejszy entuzjazmu.
– A czy to nie kolejny, charakterystyczny syndrom szczecińskości właśnie?
– Tak, Szczecin jest trudnym i w dodatku wciąż biednym miastem. Wszelkie płatne formy kształcenia są tu rzadziej brane pod uwagę. Chociaż to także pokazuje charakterystyczną dla Szczecina hierarchię wartości. Jeśli słyszę od bardzo zamożnych ludzi, że ich syn nie pójdzie na płatne studia, tylko że trzeba mu załatwić dzienne, na które nie dostał się z powodu słabej matury, to o czymś świadczy. Podobnie rozczarowana i zakłopotana się czuję, gdy słyszę, że zamiast zainwestować w kształcenie pociechy, rodzice – także nauczyciele- wolą zmienić samochód.
– To dziwne zwłaszcza w kontekście częstych wyjazdów młodych na inne, o wiele droższe, choć podobnie kształcące, za to z większymi tradycjami i nazwiskami, uczelnie?
– Bywa, że nawet kształcące gorzej, o czym, oczywiście młodzi ludzie nie wiedzą, kierując się stereotypem, że wszędzie dobrze, tylko nie w Szczecinie. Myślę, że wynika to także ze sposobu postrzegania samego uniwersytetu przez szczecinian, z miejsca, jakie w ich życiu, wyobraźni i przekonaniach zajmuje. To także efekt antyuniwersyteckiej wciąż polityki władz miasta wobec naszej uczelni. Nie zdajemy sobie nawet sprawy, jak często w tym względzie operujemy stereotypami, zamiast rzetelną wiedzą i wyobraźnią. Sama byłam informowana o tym, że w jednym z bardziej renomowanym szczecińskich liceów przestrzega się dzieci przed wyborem tej uczelni, niemal nią strasząc. Chociaż potem młodzież wracająca z kraju zwraca nam honor, skarżąc się na poziom kształcenia w tych ośrodkach z tradycjami.
– Czyli znowu zatoczyłyśmy koło i to w dodatku błędne (śmiech). Szwankuje edukacja, nie ma środowiska kulturalnego, brakuje polityki prohumanistycznej i prouniwersyteckiej, rynku książki i czytelnictwa….
– Nie ma też środowiska literackiego i wydawniczego. Z wielką zazdrością patrzymy w kierunku ambitnych i udanych inicjatyw wydawniczych w innych, często mniejszych ośrodkach. U nas wszystkie takie akcje kończyły się fiaskiem. Czyli, z jednej strony narzekamy, że nic się nie dzieje, z drugiej, sami nic w tym kierunku, by to zmienić, nie robimy. I o ile mamy bardzo dobre, doświadczone drukarnie, o tyle nie mamy wydawnictwa z prawdziwego zdarzenia. A to też dlatego, że nie ma tutaj zbytu, nie ma odbiorców. Ja cieszę się, że istnieją jeszcze jakieś księgarnie, że wciąż trzyma się nasze Wydawnictwo Naukowe US, gdzie możemy publikować nasze badania, choć jest w bardzo złej kondycji. To efekt błędnej polityki uczelni, która na taki los skazuje to wydawnictwo. A z drugiej strony, samo nasze środowisko tego wydawnictwa nie ceni, skoro do pozytywnego zaopiniowania habilitacji, są potrzebne publikacje spoza uniwersytetu szczecińskiego. To kolejny paradoks. Mamy obowiązek publikacji w naszym wydawnictwie, ale jeśli chcemy za naszą książkę ubiegać się o nagrodę ministra, to musimy wydać ją poza Szczecinem. Tak wygląda więc, jakbyśmy sami nie cenili tego naszego naukowego, uniwersyteckiego środowiska. Zazdroszczę innym miastom, ale nie wiem, jaka jest recepta na naszą chorobę braku tradycji. W końcu kiedyś musimy zacząć ją budować. Przez sześćdziesiąt lat narzekaliśmy, teraz musimy zacząć pracować na pozytywne zmiany, miedzy innymi na tradycję, która nie urodzi się nam z dnia na dzień. Tak samo musimy zacząć wymagać od siebie i od uczelni. To już nie jest młoda uczelnia.
– Uniwersytet faktycznie już nie jest młody i ma wciąż spore trudności, jednak udaje się w tym warunkach czasami przebić z nową i cenną inicjatywą, także na polonistyce. Myślę tu o kierowanym przez panią nowym piśmie o znaczącej dla współczesności tytule „Dyskurs”.
– Właśnie ukazał się pierwszy numer. To jest rocznik wydawany we współpracy z Uniwersytetem Gdańskim oraz Bydgoskim, bo takie wymogi postawiły nam władze uczelni. Personalnie robimy to we trójkę ze Zbyszkiem Majchrowskim i Wojciechem Tomasikiem. Nie będę opowiadać o trudnościach, jakie towarzyszyły powstaniu pisma, bo uzbierałaby się nam z tego książka. Uważam jednak, po półtorej roku batalii i oczekiwań, ten pierwszy numer za swój duży sukces. W tej chwili w wydawnictwie jest złożony już drugi numer, który oczekuje na ogłoszenie planu wydawniczego i przesłanie do recenzji. I winnym opóźnieniu nie jest wydawnictwo, które i tak ciężko pracuje. Ja mam tylko nadzieję, że to pismo nie upadnie na starcie i będzie się świetnie rozwijać.
– Przy okazji powiedzmy do kogo to pismo jest skierowane.
– To się nazywa Rocznik Polonistyczny. Wychodzi z naszego Instytutu. Formułą tego periodyku są sprawy wychodzące poza ścisłe zainteresowania literaturoznawstwa, mianowicie w stronę dziedzin pogranicznych i korespondujących z teorią i historią literatury, w kierunku szeroko pojętej kultury, zgodnie z tendencjami współczesnej humanistyki próbującej scalić węższe kierunki na rzecz szerszego spektrum wiedzy, syntezy. W tę stronę idą też zresztą programy edukacyjne w szkołach. Jeśli się uda to rozkręcić, pismo może stać się na zewnątrz wizytówką Szczecina i nas zmobilizować do systematycznych publikacji. W pierwszym numerze brak jednak autorów z polonistyki, choć są szczecinianie. Ja mam wielkie ambicje, by to pismo znalazło się na KBN-owskiej liście i uzyskało dofinansowanie z komitetu. O grant na czasopisma też mam zresztą zamiar wystąpić. Ale gdyby nie dotychczasowe opóźnienia, już miałam uzgodnione źródła finansowania oraz wstępne teksty ze strony znanych nazwisk, które byłyby dla pisma wizytówkami, a tak, wszystko okazało się nieaktualne. Nikt przecież nie będzie czekał bezterminowo. Rozwija się to z trudem, ale ja nie tracę nadziei, bo podobno wszystkie początki są trudne.
– Wszyscy obserwujący z uwagę rozwój „Przeglądu Uniwersyteckiego”, którego pani była założycielką i przez lata, pierwszą redaktor naczelną, wierzą, że pani osoba, oznaczać może w tym względzie tylko sukces wydawniczy.
– Tak, tylko że kiedyś było z tym o wiele łatwiej. Na początku była to bowiem skromna gazetka uniwersytecka, służąca bardziej do obrony uczelni przed atakami władz miasta, niż do celów promocyjnych. Zaczęliśmy ją redagować za czasów rektora Wierzbickiego, kiedy pełniłam na uczelni funkcję pełnomocnika ds. informacji, kontaktów z mediami. Pismo rzeczywiście miało zgrzebny wygląd, ale był to wynik braku możliwości. Przez pierwsze lata redagowałam pismo sama, potem z pomocą przyszedł mi kolega z instytutu, Jurek Kazimierski, który dysponował komputerem, na którym robił skład, podczas gdy ja dysponowałam tylko starą, zdezelowaną maszyną do pisania. Władzom i pracownikom dopisywał jednak entuzjazm i nie było problemu z materiałami, choć wszyscy pracowali za darmo. Potem wymienialiśmy się pismem z innymi ośrodkami akademickimi. Myślę, że dzięki przedrukom z innych pism, udawało mi się przekazać nie tylko informacje o tamtym uniwersytecie, ale i problemach szkolnictwa oraz miasta. Pierwszy numer wydały szczecińskie Zakłady Graficzne, później już robiło to nasze wydawnictwo uczelniane. Kosztem obciążony był tylko druk, a wszystko robiliśmy społecznie. Z czasem pojawiły się pomysły dystrybucji, także poprzez formy sprzedaży, ale nie uzyskało to mojej akceptacji, gdyż przerastała mnie księgowość, zważywszy, że miałam już na głowie całą sieć wewnętrznego i zewnętrznego rozprowadzania pisma. Potem ten pomysł definitywnie upadł. Osobiście myślę, że można byłoby do niego wrócić. Jeszcze potem raz za czasów rektora Bronka zaproponowano mi kontynuację pisma, jednak nie mogłam zgodzić się na jego warunki traktujące Przegląd jak organ władzy, reklamówkę działań, a nie rzeczywiste medium.
– Ale Przegląd pozytywnie wyewoluował i stał się cenną gazetą opiniotwórczą środowiska akademickiego w Szczecinie.
– Tak, dzisiaj wiele mi się w tym piśmie podoba. Zwłaszcza to, że do głosu tak licznie dopuszczani są studenci i ich sprawy, którzy w poprzednich edycjach byli mniej widoczni. Sama kiedyś też byłam nowatorska w tej kwestii ściągając na uczelnię z innych ośrodków ankiety oceniające wykładowców, jednak wywołałam tym tylko sprzeciw pracowników. Dzisiaj takie formy weryfikacji nikogo nie dziwią, a są wręcz nieodzowne. Dzięki temu widać, że uniwersytet to nie tylko pracownicy, ale i studenci, którym daje się prawo do wypowiedzi i z których zdaniem uczelnia się liczy.
– A jak wobec tego ocenia pani całe szczecińskie media? Ma pani za sobą przygodę dziennikarską. Poza tym bierze pani udział, jako juror, w corocznej edycji konkursu dziennikarskiego w „Głosie Szczecińskim” pod nazwą „Złote Pióro”.
– Tak, właśnie rozpoczęła się piąta edycja. Jednak nie jest to takie prawdziwe dziennikarstwo, a bardziej są to prace literackie. Ja słabo znam media lokalne. Moja przygoda z dziennikarstwem to prasa podziemna, niezależna. Nie znam także środowiska, nie oglądam też w ogóle telewizji, więc nie wiem, jak wygląda nasza telewizja szczecińska. Przez lata próbowałam organizować dziennikarstwo na uniwersytecie i nawet udało się utrzymać specjalizację, jednak potem mi ją zabrano i teraz jest prowadzona przez kogoś innego (przez dr Roberta Cieślaka – przyp. red. ). Nie wiem też, czy jest praca dla dziennikarzy. Bo poza trzema dziennikami, my nie mamy rynku szczecińskiej prasy. Nie mówię też tutaj o „Pograniczach”, choć i one są przykładem owej patowej sytuacji. Ukazują się w sumie dzięki ogromnej batalii, jaką co roku trzeba prowadzić z władzami miasta, które chciałyby z tego pisma uczynić laurkę dla miasta, lokalne pisemko, zamknięte w we własnym kręgu odbiorców i autorów. Takie postępowanie prowadzi do samolikwidacji pisma.
– Wierzymy jednak, że się tak nie stanie. W przeciwnym razie niewiele będziemy mieć do zaprezentowania innym. A jak z planami zawodowymi i prywatnymi pani profesor na następny rok?
– (pani profesor proszę napisać o planach, o których rozmawiałyśmy, a które mi się nie zapisały. chodzi mi głównie o tę pozycję o mickiewiczu użytkowym, o którym chce pani wydać książkę oraz o tej publikacji na temat prasy podziemnej i oficyn wydawniczych niezależnych, jakie działały w latach 80. w polsce. mogą też pojawić się inne uwagi. będzie miło)
– Dziękuję za miłą rozmowę i życzę realizacji marzeń zawodowych w tym roku.
Rozmawiała i fotografowała: Joanna Giza-Stępień
